Kręci nas zbrodnia. Kochamy kryminały, seriale z motywem śledczym i opowieści o walce dobra ze złem. Ale dziś to już nie tylko bierna rozrywka. Coraz częściej chcemy wejść w sam środek historii – analizować tropy, podważać ustalenia i na własną rękę szukać odpowiedzi. A pod lupę bierzemy już tylko nie fabułę. – W przypadku prawdziwych spraw ludzie dostarczają sobie jeszcze silniejszych emocji. Wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja – mówi psycholog kryminalny, biegły sądowy i najsłynniejszy w Polsce profiler Jan Gołębiowski. Kinga Gieraga w mediach społecznościowych stworzyła przestrzeń, w której niewyjaśnione zbrodnie i zaginięcia wychodzą poza policyjne archiwa i wracają do publicznej dyskusji. Jej grupa na Facebooku "Zbrodnie, Zaginięcia, Tajemnica" oraz strona "Historie, które nie dają spać" gromadzą setki tysięcy osób. A ona sama nie kryje dumy. – Wyświetleń jest dużo, od trzystu tysięcy do nawet miliona. Nagłaśniamy sprawy, o których inni woleliby nie pamiętać. Najczęściej to same rodziny proszą nas o pomoc. Chcą, żeby o ich tragedii znowu zaczęło się mówić – opowiada Kinga. Dodaje, że tworzy również scenariusze dla polskich twórców true crime. Sama kryminałów nie czyta, ale wiele godzin spędza na analizie zagranicznych źródeł, takich jak BBC. – Po moim tekście napisał do mnie człowiek, który rozpoznał zabójcę z portretu pamięciowego. Zgłosił to na policję. To daje poczucie, że ta praca ma głęboki sens – mówi. Jednak nikt jej za to nie płaci. Robi to z pasji, hobbystycznie, choć nie ukrywa, że chciałaby w przyszłości przekuć to w źródło zarobku. Dla niej zajmowanie się takimi historiami jest jednocześnie sposobem radzenia sobie z własnymi trudnościami. – Choruję. Skupienie się na pomaganiu innym i analizowaniu spraw pozwala mi odciągnąć myśli od własnych problemów. Czuję, że to, co robię, ma wyższy cel – podkreśla. Od sprawiedliwości są sądy Choć poruszane przez nią tematy budzą silne emocje, Kinga stara się kontrolować dyskusję w swoich grupach i nie dopuszczać do internetowych linczów. – Nie tolerujemy tekstów typu "spalić”, "zabić" czy "wykastrować". Takie komentarze są usuwane. Nie pozwalam na to. A od sprawiedliwości są sądy – podkreśla, kiedy pytam ją o to, czy nie obawia się internetowego linczu na sprawcach. Jak mówi, nie interesuje jej wchodzenie w psychikę sprawców, bo "nie da się ich zrozumieć". – Zależy na czymś innym – na upamiętnieniu ofiar. To ogromna niesprawiedliwość, gdy sprawca przez lata żyje normalnie, a rodzina ofiary każdego dnia mierzy się z bólem. Mam nadzieję, że taka presja może doprowadzić do wznowienia postępowań i że sprawiedliwość, nawet po wielu latach, w końcu zostanie wymierzona – podsumowuje. Weronika pamięta dokładnie moment, w którym po raz pierwszy wciągnęła ją historia niewyjaśnionego zaginięcia. Był 2010 rok, a sprawa Iwona Wieczorek pojawiała się w mediach niemal codziennie. Miała wtedy kilkanaście lat. Nie korzystała jeszcze z Facebooka, nie śledziła forów internetowych. O zaginięciu mówiło się jednak w jej domu rodzinnym, a później – po wakacjach – także na szkolnych korytarzach. – To była pierwsza taka sprawa, która naprawdę mnie poruszyła. Pamiętam, że oglądałam każdy materiał i próbowałam zrozumieć, co mogło się wydarzyć. To było coś więcej niż zwykła ciekawość – wspomina. – Ale to przełożyło się też na moje życie, bo rodzice zaczęli się strasznie o mnie martwić, gdy wychodziłam na dłużej. Nowy rozdział otworzył się kilkanaście lat później, gdy założyła konto w mediach społecznościowych. Poszukiwania informacji o sprawie Wieczorek doprowadziły ją prosto do grup dyskusyjnych. – Byłam zaskoczona, że ludzie wciąż o tym rozmawiają. Że analizują szczegóły, których wcześniej nawet nie brałam pod uwagę – przyznaje. Najpierw tylko czytała komentarze i wątki, ale z czasem zaczęła coraz bardziej angażować się w dyskusje. Dołączała do kolejnych grup, śledziła nowe tropy, porównywała teorie. Dziś jest aktywną uczestniczką kilku społeczności skupionych wokół spraw kryminalnych. Jak mówi, z niektórymi osobami z grup utrzymuje nawet prywatne kontakty. – Mam stamtąd nawet przyjaźnie, bo wiele dyskusji przenosi się potem na prywatne rozmowy – dodaje. Szczerze przyznaje jednak, że jedna z najbardziej znanych spraw zaczęła ją z czasem nużyć. – To się już strasznie długo ciągnie, a ja byłam bardzo młoda, kiedy to się zaczęło – usprawiedliwia się. Po chwili dodaje: – A ja zauważyłam, że lubię nowinki, jakbym była uzależniona od adrenaliny. Dalsza część tekstu poniżej Zagadki kryminalne nigdy za to nie interesowały Michała. Do czasu aż zobaczył film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy". – Zacząłem szukać informacji na temat tej strasznej sprawy, o którą został oskarżony. W trakcie poszukiwań trafił na jedną z internetowych grup poświęconych sprawie z Miłoszyc. – Ktoś wrzucił tam zdjęcia starych gazet, w których dziennikarze pisali, że Komenda na pewno pójdzie siedzieć. To było mocne, bo widać było, jak bardzo wszyscy byli wtedy przekonani o jego winie – mówi. Z czasem zaczął zaglądać tam coraz częściej. Jak podkreśla, szybko zorientował się, że w takich miejscach można znaleźć materiały, do których trudno dotrzeć gdzie indziej. – Zobaczyłem, że są tam rzeczy, których nie ma w mediach: zeznania świadków, skany dokumentów, stare zdjęcia osób związanych ze sprawą, a nawet protokoły oględzin. To wciąga, bo masz wrażenie, że masz dostęp do jakichś tajnych akt – mówi z fascynacją w głosie. Nie udziela się w internetowych dyskusjach, ale przyznaje, sprawa tragicznie zmarłej Małgosi coraz bardziej go intryguje. – Nie wierzę w winę tego Norberta, co go posadzili. Mam swoją teorię, ale nie może pani tego napisać. Jan Gołębiowski, słynny profiler: Ludzie wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja Choć dziś wydaje nam się, że żyjemy w erze wyjątkowego "boomu" na zbrodnię, historia pokazuje, że fascynacja mrocznymi zagadkami towarzyszy nam od wieków. – Ludzie od bardzo dawna interesują się kryminałami i tematyką przestępczości. Wszystko zaczęło się od ogromnego zainteresowania w końcówce XIX wieku i w okresie międzywojennym. W Polsce w latach 20. i 30. wychodziło czasopismo „Tajny Detektyw”, które dziś jest już legendarne. Sprzedawało się znakomicie, co dowodzi, że te historie zawsze przyciągały tłumy – zauważa Jan Gołębiowski, psycholog kryminalny, biegły sądowy i słynny profiler. Dziś, jak podkreśla, rynek ten wyraźnie dzieli się na dwa nurty. Z jednej strony mamy literaturę kryminalną, czyli fikcyjne światy tworzone przez popularnych autorów. Z drugiej – dynamicznie rozwijający się nurt true crime. – Obok prozy Remigiusza Mroza czy Katarzyny Bondy funkcjonuje drugi front, który w Polsce rozwija się niezwykle intensywnie: prawdziwa zbrodnia. Myślę, że "internetowi detektywi" to specyficzna odmiana fanów tego gatunku – mówi profiler. Jak dodaje, dla wielu osób zaangażowanie w internetowe grupy śledcze staje się formą swoistej gry i wejścia w rolę. – Widziałem reklamy gier planszowych lub też RPG, gdzie gracze wcielają się w detektywów w fikcyjnych historiach. W przypadku prawdziwych spraw ludzie dostarczają sobie po prostu jeszcze silniejszych emocji. Wybierają realne historie, bo te poruszają bardziej niż fikcja. U niektórych może się w tym pojawiać również poczucie misji – analizuje Gołębiowski. Ekspert zwraca uwagę, że obok amatorów w tej przestrzeni funkcjonują także dziennikarze śledczy, których motywacje bywają mieszane – od prestiżu i zarobku po realne zaangażowanie w ujawnianie przestępstw. Jednak internet stał się również przestrzenią dla zupełnie innych intencji. Jak mówi profiler, wątpliwości budzi zjawisko budowania kariery na popularnych i tragicznych sprawach, takich jak na przykład zaginięcie Beaty Klimek. – Wiele osób pozakładało kanały w serwisie YouTube, choć wcześniej zajmowały się zupełnie innymi tematami. Część zaczęła uważać się za jasnowidzów lub osoby funkcjonujące w nurcie metafizycznym. Ich wcześniejsze materiały miały charakter psychotroniczny, a następnie przeszli w stronę "detektywistyki". Pojawiają się wahadełka, różdżkarstwo czy odczyty jasnowidzące, bo takie treści generują ogromne zasięgi – wskazuje Gołębiowski. Kolejnym mechanizmem, na który zwraca uwagę, jest przedstawianie starych informacji jako nowych odkryć. Profiler bierze pod lupę także finansowy wymiar działalności niektórych internetowych "śledczych", który nie zawsze jest przejrzysty. – Był przypadek mężczyzny, który prowadził zbiórkę na sonary do badań podwodnych. Nie wiadomo, czy sprzęt faktycznie został kupiony ani czy jakiekolwiek działania zostały przeprowadzone, ale środki były zbierane. Jak widać, motywacje są bardzo różne – nie zawsze chodzi o realną pomoc — podsumowuje Jan Gołębiowski. Tam, gdzie my widzimy fascynującą zagadkę, policjanci widzą skomplikowane procedury i paragrafy. Czy te dwa światy – pełen pasji świat internautów i profesjonalny świat służb – mogą się spotkać? O realiach pracy operacyjnej mówi mi Jakub (prawdziwe imię oraz nazwisko do wiadomości redakcji), policjant pionu dochodzeniowo-śledczego. – Obserwujemy tu efekt Dunninga-Krugera: im mniej ktoś o czymś wie, tym chętniej i głośniej się wypowiada. Prawdziwi eksperci często w ogóle nie podejmują publicznych dyskusji, bo mają świadomość własnych ograniczeń oraz luk w wiedzy na konkretnym etapie sprawy – tłumaczy śledczy. Według niego, aktywność internautów rzadko ma na celu realne wsparcie organów ścigania. – Ludzie lubią dzielić się swoimi teoriami, by podgrzewać emocje. Często nie kryje się za tym żaden głębszy cel poza samym generowaniem poruszenia, co idzie w parze z brakiem rzetelnej wiedzy. Największym problemem w odbiorze pracy policji jest fakt, że jej najbardziej kluczowe elementy muszą pozostać niejawne. Policjant podkreśla, że społeczna ocena tempa śledztwa zazwyczaj opiera się na niepełnych danych. – Odbiorca widzi tylko wierzchołek góry lodowej. W każdej poważnej sprawie, szczególnie medialnej, uruchamiamy wszelkie możliwe źródła osobowe i kontakty. Cały zespół pracuje z zaangażowaniem, którego postronny obserwator nie jest w stanie ocenić na podstawie szczątkowych komunikatów. W dobie natychmiastowego przepływu informacji, opinia publiczna oczekuje raportów z postępów niemal w czasie rzeczywistym. Tymczasem prawo i taktyka kryminalistyczna narzucają ścisłą dyscyplinę. – Kluczowe są zawsze pierwsze dni – Kodeks postępowania karnego wspomina o "czynnościach niecierpiących zwłoki". To wtedy zbierane są najważniejsze informacje. Opinia publiczna o nich nie wie, ponieważ są zastrzeżone wyłącznie dla prokuratury oraz policjantów. W dużej mierze stanowią dokumentację operacyjną, która nigdy nie może ujrzeć światła dziennego. Czy tysiące telefonów od "uważnych obywateli" pomagają w śledztwie? Jakub przyznaje, że to broń obosieczna. – Zgłoszenia pomagają tylko wtedy, gdy świadek jest na tyle pewny swoich słów, że decyduje się złożyć formalne zeznania do protokołu. Same domniemania to najczęściej sygnały, które policja zdążyła już zweryfikować. Choć na etapie gromadzenia danych każda wiadomość może być przydatna, nie każda ma wartość pozwalającą stać się kluczowym elementem sprawy. Nawet jeśli trop okazuje się fałszywy, jego sprawdzenie konsumuje czas i zasoby. – Weryfikacja plotki jest istotna, bo pozwala wykluczyć błędny trop i "zamknąć" pewną drogę poszukiwań. Ma to jednak sens tylko wtedy, gdy ustalenia te zostaną rzetelnie włączone w materiał dowodowy. Policjant: To nie serial CSI Częstym motywem w serialach kryminalnych jest postać zdesperowanego członka rodziny, który walczy z "opieszałą" policją. Jakub twierdzi, że rzeczywistość rzadko przypomina ten schemat. – Rodziny zazwyczaj wykazują dużą wolę współpracy. Empatia pozwala nam uzyskać od nich znacznie więcej kluczowych informacji w spokojnej atmosferze. Presja nie płynie od poszkodowanych, lecz od osób postronnych, oczekujących natychmiastowego "publicznego linczu". Gdy sprawcy nie udaje się ująć od razu, winą obarczają policję. Rosnąca popularność podcastów true crime, które zamieniają prawdziwe tragedie w angażujące historie odsłuchiwane między codziennymi obowiązkami oraz amatorskich śledztw prowadzonych w sieci budzi u profesjonalistów mieszane uczucia. – Widzę w nich braki merytoryczne i luki w zrozumieniu procedur – mówi o popularnych podcastach. – Twórcy często chcieliby, aby śledztwo wyglądało jak w serialu CSI, stawiając tezy bez pojęcia o realiach gromadzenia dowodów. Patrzę na to pragmatycznie: sprawdzam tylko, czy w tym szumie nie pojawi się informacja, która faktycznie mogłaby nam się przydać – podkreśla policjant. Największy żal śledczy mają jednak o to, że w medialnym show rzadko znajduje się miejsce na drugą stronę medalu. – W takich audycjach praktycznie nigdy nie broni się działań policji. Nie możemy merytorycznie odpowiedzieć na krytykę, ponieważ wiąże nas tajemnica śledztwa. Twórcy contentu o tym zapominają, budując jednostronną narrację – podsumowuje.
| Podmiot | Typ |
|---|---|
| Iwona Wieczorek | person |
| Kinga Gieraga | person |
| Remigiusz Mroz | organization |
| Michał | person |
| Katarzyna Bondy | organization |
| company | |
| Miłoszyce | city |
| Jan Gołębiowski | person |
| BBC | organization |
| YouTube | company |