Zmarł pięć, dziesięć, może trzydzieści lat temu. Jak wyglądałby dzisiaj? Czy uśmiechałby się tak samo, jak jego brat? Polacy masowo zaczynają "ożywiać" swoich zmarłych. Scenariusz dystopijnego serialu "Czarne lustro" właśnie staje się naszą codziennością. Wszystko zaczęło się od wizji Charliego Brookera, twórcy i producenta "Czarnego lustra", brytyjskiego serialu Netflixa. W kultowym już odcinku "Zaraz wracam" poznajemy Asha – mężczyznę, który nie potrafi wytrzymać godziny bez sprawdzenia powiadomień w telefonie. Każdy jego post, lajk i udostępnione zdjęcie budowały nieświadomie jego cyfrowy autoportret. Gdy Ash ginie w wypadku samochodowym, jego ciężarna partnerka Martha zostaje z obezwładniającą pustką. W rozpaczy sięga po usługę, która na podstawie cyfrowych śladów – wiadomości, zdjęć, maili – tworzy jego wirtualnego sobowtóra. Wszystko zaczyna się niewinnie: od chatbota, który pisze dokładnie tak jak Ash. Potem przychodzi czas na głos. A na końcu – syntetyczne ciało, niemal nie do odróżnienia od zmarłego. Problem w tym, że ten nowy "człowiek" jest tylko zbiorem danych. Może i potrafi naśladować uśmiech, ale nie potrafi czuć. To, co wtedy wydawało się artystyczną wizją twórcy serialu, dziś zaczyna powoli spełniać się na naszych oczach. Sztuczna inteligencja wkracza do codzienności i pozwala – choćby symbolicznie – "przywracać" zmarłych do życia. I tak: ojciec, który zmarł 30 lat temu, "bierze na ręce" wnuka. Babcia z wyblakłej fotografii zaczyna mrugać i uśmiechać się do nas z ekranu. Syn, którego rodzina straciła w wypadku, "siada" na kanapie obok swojego rodzeństwa i obejmuje je ramieniem. "Wiem, że to nieprawda. Ale w sercu trochę lżej" Dzięki narzędziom sztucznej inteligencji można dziś "ożywić" osoby, które zmarły wiele lat temu, a nawet tworzyć obrazy sytuacji, które nigdy nie miały miejsca – jak spotkanie dziadka z wnukiem, którego nie zdążył poznać. I to nie jest niszowa ciekawostka, tylko masowe zjawisko. Widać to choćby w mediach społecznościowych. Jedna z grup na Facebooku – Przerabiamy zdjęcia (ożywianie, naprawa starych fotografii itp.)” – zgromadziła już ponad 600 tysięcy osób. Jedni proszą o takie przeróbki, inni je wykonują. Wszystkich łączy jedno: potrzeba przywrócenia choćby namiastki obecności tych, których już nie ma. Wszyscy oni, świadomie lub nie, weszli do świata, który Charlie Brooker wymyślił jako przestrogę. Urszula "Czarnego lustra" nie oglądała. W 2002 roku jej syn wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Zginął w wypadku. Kolega, który wtedy prowadził auto, jechał za szybko. Rana nigdy się nie zagoiła i już nie zagoi. Urszula mówi, że musiała żyć dla córki. Po synu została tylko pamięć. – Kamil żył w zupełnie innych czasach – zauważa. – Nikt nie miał tysięcy zdjęć w telefonie. Zresztą… chyba nawet takich telefonów wtedy nie było – zastanawia się głośno. – Jeździłam do miasta, do zakładu fotograficznego wywoływać zdjęcia. Ale syn nie miał ich za wiele. Jakoś nie lubił pozować. Na jednym z nich Kamil siedzi na kanapie i się uśmiecha. – To był dobry chłopak. Zawsze miał serce do dzieci we wsi. To kogoś zagadał, to piłkę pokopał. Pożartował trochę. – Urszula na samo wspomnienie rozpromienia na chwilę. – Córka czasem mówi: "Mamo, Kamil by był świetnym wujkiem". Bo ona synka ma małego. Ta myśl nie dawała Urszuli spokoju. – Bardzo chciałam zobaczyć, jak mój syn ukochany bierze na kolana mojego Oskarka, mojego jedynego wnuka – mówi ciszej. – Sama nie umiałam tego zrobić, więc poprosiłam o pomoc ludzi w internecie. Ktoś odpowiedział i przerobił stare zdjęcie. – I mam teraz takie zdjęcie… jak on Oskarka na kolanach trzyma. Córka się ucieszyła. A ja? Wiem, że to nieprawda. Ale w sercu trochę lżej. Iwona na grupie pisze wprost: "Czy mogę prosić o ożywienie zdjęcia syna? Zmarł 3 lata temu, kilka dni przed świętami. Chciałabym go zobaczyć jak żywego. Proszę". Wrzuca zdjęcie pięknego blondyna z falowanymi włosami. Pod postem setki komentarzy z wyrazami współczucia, ale także opowieściami o swojej stracie. Jeden z internautów sprawia Iwonie niespodziankę i wrzuca animację. Młody mężczyzna ze zdjęcia kręci głową, uśmiecha się promiennie i patrzy w górę. Internauci reagują zachwytem. "Jak żywy", "aż ciarki przechodzą", "piękne" – komentują. Pomocny internauta idzie więc o krok dalej: "ożywia" całą postać i prowadzi ją ulicami miasta. "My, matki, potrzebujemy tego po latach – przekonuje jedna z użytkowniczek grupy. – Mój syn nie żyje od 23 lat. Zmarł tragicznie, mając 10 lat. Jesteście wspaniali". "To zdjęcie naszej córki, która odeszła z tego świata" – kolejny internauta wrzuca zdjęcie dziewczyny w czerwonej sukni. – Czy można zmienić tło i "ożywić" fotografię w formie krótkiego filmu? Chciałbym, aby wyglądało to tak, że stoi u bram nieba, macha nam na pożegnanie, następnie robi kilka kroków w ich kierunku. Przed ich przekroczeniem odwraca się jeszcze do nas, przesyła buziaka, a w momencie przejścia przez bramę zamienia się w anioła" Na efekty nie musi długo czekać. Pod postem pojawia się animacja z córką – aniołem. Pracując nad tym tekstem, obejrzałam setki animacji i przeróbek zdjęć – od subtelnych, niemal niezauważalnych zmian, po pełne "ożywienia", w których zmarli zaczynają się poruszać, uśmiechać i "spotykać" z żyjącymi. Czy tego typu "cyfrowe wskrzeszanie" to naturalna potrzeba podtrzymywania więzi, czy już niebezpieczne przekraczanie granic? Zdaniem Izabeli Jachnickiej, projektantki i celebrantki pogrzebów humanistycznych, edukatorki o śmierci i konsultantki w żałobie, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Wszystko sprowadza się do intencji, z jaką sięgamy po technologię. – To zależy przede wszystkim od tego, czemu ma to służyć i jaka osoba za tym stoi – podkreśla Izabela Jachnicka. – Jeśli ktoś dostaje zdjęcie sklejone z dziadkiem, którego nigdy nie poznał, może to być dla niego ważny symbol łączności. Jeżeli ktoś to robi, to znaczy, że jest to dla niego ważne, dlatego zawsze musimy szukać motywu. Ekspertka podaje konkretny, poruszający przykład: – Wyobraźmy sobie sytuację: straciłam tatę, ale jest dla mnie ważne, żeby mieć jakieś zdjęcie czy krótki filmik, na którym mój ojciec tuli mojego syna, którego nigdy nie zobaczył. W ten sposób, za pomocą cyfrowego awatara, zaspokajam swoją potrzebę łączności. Choć ta rodzina minęła się w czasie, to dzięki środkom cyfrowym może być przez chwilę razem. Dopóki mam świadomość, że to tylko AI i portret, który postawię na szafce, by koił moją tęsknotę – to jest w porządku. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy technologia zaczyna zastępować proces żałoby. – Ryzyko pojawia się wtedy, gdy technologia staje się narzędziem do "nie-pożegnania" – ostrzega Jachnicka. – Wyobraźmy sobie kogoś, kto stracił narzeczonego, ale jeździ na wakacje i wkleja go na wszystkie zdjęcia. I oni się tam, w tej cyfrowej rzeczywistości, całują przy wodospadzie. To jest już sytuacja bardzo ryzykowna. Taka osoba powinna być w pierwszej kolejności zaopiekowana psychologicznie czy psychiatrycznie. Takie narzędzie może wtedy przynieść ogromną szkodę, bo zamiast pomagać przejść przez stratę, utrwala nas w świecie, który nie istnieje. Nowe technologie coraz śmielej wkraczają również do samej przestrzeni ceremonii pogrzebowych. – One już tam są – mówi ekspertka. – Pokazy zdjęć czy prezentacje multimedialne stały się standardem. Dzięki telefonom mamy dostęp do ogromnych archiwów cyfrowych. Coraz częściej podczas ceremonii odtwarzane są nagrania głosowe zmarłych – na przykład wiadomości z komunikatorów, które idealnie wpisują się w kontekst pożegnania. Choć dla wielu osób to wciąż kontrowersyjne, podobne reakcje towarzyszyły wcześniejszym zmianom kulturowym. Jachnicka przypomina, że lęk przed takimi zmianami towarzyszy nam od dekad. – Kiedyś na wsiach cała rodzina ustawiała się do zdjęcia przy otwartej trumnie – to była ważna tradycja. Kiedy przychodziły pierwsze fotografie, ludzie bali się, że aparat "kradnie duszę". Z czasem to się znormalizowało i tak samo będzie z AI. Ekspertka przewiduje, że wkrótce branża pogrzebowa przejdzie kolejną rewolucję. To jednak rodzi poważne pytania etyczne. – Bez odpowiednich regulacji to bardzo niebezpieczne – ocenia Jachnicka. – Jeśli wszystko pozostaje w rękach prywatnych firm, liczy się przede wszystkim zysk, a nie dobro osób w żałobie. W dobie technologii, która potrafi "cofnąć" czas na ekranie telefonu, coraz trudniej przychodzi nam akceptacja nieuchronnego. – Śmierć jest dla nas skrajnie niewygodna, bo to jedyna ostateczna rzecz w naszym życiu – podsumowuje Izabela Jachnicka. – Wszystko inne można naprawić: można się rozwieść i zejść z powrotem. A tutaj tego nie umiemy cofnąć. Najtrudniej jest nam uświadomić sobie, że po prostu urodziliśmy się śmiertelni. I żadne AI tego programu nie zmieni. Czy zmarły ma prawo do świętego spokoju? Choć technologia AI zdaje się nie znać granic, polskie prawo stawia je bardzo wyraźnie. Jak podkreśla mec. Adrianna Pilecka, śmierć danej osoby wcale nie oznacza, że jej wizerunek może być wykorzystywany w dowolny sposób, bez jakichkolwiek ograniczeń prawnych. – Ochrona wizerunku również post mortem przewidziana jest m.in. w przepisach ustawy o prawie autorskim – wyjaśnia mec. Pilecka. – Zasada jest tu konkretna: rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. Jeśli więc za życia nie było zgody na takie wykorzystanie wizerunku, po śmierci nie powinien być on rozpowszechniany w ogóle. Jak dodaje, jest ona ograniczona, jeśli chodzi o osoby powszechnie znane, których wizerunek został wykonany w związku z pełnieniem przez nie funkcji publicznych. – (W takich przypadkach- przyp. red.) zgoda na rozpowszechnianie nie jest wymagana, ale tylko, gdy publikacja ma charakter związany z pełnionymi przez zmarłego funkcjami. Wykluczone są zatem publikacje wizerunków takich osób bez ich zgody dla innych celów np. komercyjnych – precyzuje prawniczka. Dalsza część tekstu poniżej Kto w takim razie może zaprotestować, gdy w sieci pojawia się "ożywione" zdjęcie bliskiego? Mecenas Pilecka wskazuje, że choć przepisy nie wymieniają ich literalnie, w drodze wykładni przyjmuje się, że prawo do decyzji przechodzi na najbliższych: małżonka, a w jego braku kolejno na zstępnych, rodziców lub rodzeństwo. – Co ważne, ochrona taka przysługuje przez 20 lat od śmierci osoby, której wizerunek został rozpowszechniony – zauważa adwokatka. – W praktyce legalne korzystanie z wizerunku zmarłego w tym okresie jest uzależnione od zgody tych właśnie osób. Jeśli jej zabraknie, rodzina może żądać zaniechania działań, usunięcia skutków naruszenia, a nawet publicznych oświadczeń. Istnieje jednak jeszcze druga, bardziej osobista ścieżka ochrony, która nie wygasa po dwóch dekadach. To przepisy Kodeksu cywilnego dotyczące dóbr osobistych, takich jak prywatność czy dobre imię. – Chociaż prawo zmarłego do obrony wizerunku po śmierci wygasa, mogą to uczynić osoby bliskie – tłumaczy Adrianna Pilecka. – W ten sposób chronią one swoje własne prawo do poszanowania pamięci o zmarłym, wynikające z ich osobistej relacji. Co istotne dla "cyfrowych wskrzeszeń", w tym przypadku krąg osób bliskich jest znacznie szerszy. Ochrony mogą dochodzić nie tylko krewni, ale wszyscy, których ze zmarłym łączyła silna więź emocjonalna. – Prawo do ochrony kultu zmarłego nie wygasa po 20 latach. Może być dochodzone przez cały okres życia bliskich, a o naruszeniu zawsze decydować będzie treść przekazu i kontekst, w jakim wizerunek został wykorzystany – podsumowuje mecenas Pilecka.
| Podmiot | Typ |
|---|---|
| company | |
| Polska | country |
| Urszula | person |
| Netflix | company |
| Iwona | person |
| Izabela Jachnicka | person |